Aktualności

Rozmowa z księdzem Łukaszem Kisielewskim – Moderatorem Diecezjalnym DK

Rozmowa z księdzem Łukaszem Kisielewskim – Moderatorem Diecezjalnym DK

Poznajemy naszych moderatorów.

- Jak wyglądała Księdza droga do kapłaństwa, kiedy zrodziło się powołanie? Czy decyzja Księdza była zaskoczeniem dla rodziny i znajomych?

- Księdzem chciałem być od zawsze, właściwie od dziecka. Nie pamiętam momentu w swoim życiu, w którym miało być inaczej. Trudno było mówić o powołaniu już w dzieciństwie, raczej było to pragnienie zrodzone z fascynacji księżmi, których widziałem w kościele. To pragnienie dorastało wraz ze mną, w którymś momencie przerodziło się w świadomie słyszany głos powołania. Rozpoczynając naukę w klasie maturalnej, nie miałem już żadnych wątpliwości, wiedziałem, że chcę wstąpić do seminarium – i rzeczywiście tak się stało - 19 czerwca odebrałem świadectwo maturalne, a już dwa dni później złożyłem dokumenty do seminarium. Nie robiłem ze swoich planów tajemnicy, więc moja decyzja nie była zaskoczeniem dla nikogo. O zaskoczeniu można byłoby raczej mówić, gdybym do seminarium nie wstąpił.

Którzy z kapłanów, o których Ksiądz wspominał, odegrali  największą rolę w dojrzewaniu do powołania?

- Przede wszystkim byli to księża z mojej rodzinnej parafii pw. Ducha Świętego. Duży wpływ wywarł na mnie ks. Zbigniew Snarski, który odprawiał msze dla dzieci, a później opiekował się nami jako ministrantami. Na etapie szkoły średniej ważni byli też - ks. Bogusław Urban, ks. Wojciech Dąbrowski, czy mój katecheta z ogólniaka - ks. Tomasz Małyszko – wieloletni moderator Ruchu Światło-Życie w naszej diecezji. Oddziaływali na mnie poprzez przykład swego życia również dwaj proboszczowie mojej parafii. Ksiądz Stanisław Andrukiewicz był bardzo gorliwym kapłanem, budowniczym kościoła, a przy tym wielkim patriotą. Zadbał m.in. o to, by przy naszym kościele powstał Grób Nieznanego Sybiraka. Za jego czasów powstało w parafii wiele wspólnot funkcjonujących do dzisiaj. Bardzo przeżyłem jego nagłą śmierć, zginął w wypadku samochodowym w 1999 roku, kiedy byłem w 8 klasie. Ks. Andrukiewicz domyślając się, jakie mam plany, często żartobliwie dopytywał, kiedy zgłoszę się do seminarium, bo w razie czego on opinię ma już przygotowaną. Po nim przyszedł do parafii ks. Józef Wiśniewski, który mnie uformował i wiele nauczył. To jest dla mnie wzór nawiązujący do postaci św. Józefa -  niewiele mówił, za to spokojnie, cierpliwie robił swoje. Utkwił mi w pamięci obrazek księdza Wiśniewskiego, który zawsze przed poranną Mszą św. siedział w konfesjonale, modląc się z brewiarzem w ręku. To była dla mnie piękna lekcja, której staram się być wierny jako ksiądz, żeby być w konfesjonale i czekać na ludzi. On czekał na ludzi. I myślę, że dzięki temu, że był takim wiernym znakiem, wielu znajdowało drogę do konfesjonału. 

- Co najbardziej pociągało Księdza w tej drodze kapłańskiego życia?

- Już od dziecka miałem takie poczucie, że ksiądz jest kimś, kto jest blisko Pana Boga. Był w tym również jakiś wymiar tajemnicy, misterium, który mnie pociągał, fascynował, choć nie potrafię tego do końca zwerbalizować. Nazwałbym to tajemnicą bliskości Pana Boga, misterium spotkania Boga z człowiekiem.

- Co Ksiądz poradziłby osobom, które teraz zastanawiają się nad wyborem drogi życiowej, rozważają wstąpienie do seminarium, ale mają też obawy związane z podjęciem tej decyzji?

- Trzeba słuchać Pana Boga, słuchać swego serca i iść za pragnieniami. Bo Pan Bóg mówi też poprzez pragnienia. Czas seminarium jest czasem ich weryfikacji. Zachęcałbym do zaryzykowania, wkroczenia na tę drogę. Trzeba wejść w ten świat, bez podjęcia ryzyka wstąpienia do seminarium nie da się zweryfikować powołania.

- A jak Ksiądz wspomina swój czas  pobytu w seminarium?

- Seminarium wspominam bardzo dobrze. To był czas wielu spotkań, które mnie ukształtowały, „ulepiły”, doprowadziły do momentu święceń.

- Które z tych spotkań było najważniejsze?

- Nie mogę wskazać jakiegoś jednego, szczególnego. Mówiąc o spotkaniach, mam na myśli spotkania z Panem Bogiem – na modlitwie, w sakramencie pojednania, w kierownictwie duchowym, ale również spotkania z ludźmi – np. kolegami z roku. Moje lata studiów to jeszcze szczęśliwe czasy, kiedy powołań było dużo, kleryków w seminarium było zawsze około stu, więc było z kim się spotykać. Silny wpływ mieli na mnie oczywiście ojcowie duchowni - ksiądz Henryk Ciereszko - obecny biskup pomocniczy naszej Diecezji, który był również moim spowiednikiem, później ksiądz Zbigniew Snarski, już wcześniej będący dla mnie autorytetem i wzorem. Oczywiście ważny był również Rektor – ks. Adam Skreczko - zawsze otwarty, życzliwy, bardzo ludzki. Często powtarzał nam zadanie, z którego trochę się podśmiewywaliśmy: „nie chciejcie za dużo”. Wydawało nam się wtedy, że gasi nasz entuzjazm, z perspektywy czasu widzę, że było w tym dużo mądrości. Jestem mu wdzięczny za to, że uczył nas realizmu życiowego.

- Skoro jesteśmy przy wzorach i autorytetach - często w homiliach przywołuje Ksiądz cytaty z ks. Krzysztofa Grzywocza. Dlaczego właśnie on stał się Księdzu szczególnie bliski? Kto jeszcze Księdza inspiruje?

- Ksiądz Krzysztof Grzywocz był znanym rekolekcjonistą i kaznodzieją, choć nigdy nie poznaliśmy się osobiście. Zacząłem go odkrywać, kiedy zaginął dwa lata temu. Od tego czasu zaczął stawać się moim duchowym mistrzem, przewodnikiem na drodze kapłaństwa. Teologia Grzywocza uczy mnie bardzo realnego patrzenia i na Pana Boga, i na człowieka, a może przede wszystkim na siebie samego - z widzeniem własnych ograniczeń, umiejętności nabrania dystansu do spraw, na które mamy ograniczony wpływ. Moim duchowym mistrzem jest również papież Benedykt XVI – często powracam do jego książki „Wprowadzenie w chrześcijaństwo”, która formowała mnie już w czasach seminarium. Kształtowali mnie i nadal kształtują także: arcybiskup Grzegorz Ryś, ojciec Augustyn Pelanowski, kardynał Carlo Maria Martini.

- Jak brzmiało Księdza prymicyjne motto i dlaczego wybrał Ksiądz właśnie te słowa?  

- To były słowa z Listu św. Pawła do Galatów (Ga 2,17): „Żadną miarą”. Żartuję sobie, że ten fragment dobrze opisuje moją fizyczność, ale – mówiąc serio –  przemówił do mnie mocno na piątym roku seminarium. Uświadomił mi, że sprawa mojego powołania żadną miarą nie jest do ogarnięcia po ludzku. To jest misterium obecności Pana Boga w moim życiu, żadną miara ludzką nie da się objąć tego, czym jest kapłaństwo. Odkryłem te słowa dzięki mojemu przyjacielowi -  księdzu Tomkowi Kozłowskiemu.

- Chyba niełatwo być księdzem w czasach tak ostrych ataków na Kościół, w erze wszechobecnego „hejtu” wymierzonego w kapłanów?

- Nie jest łatwo, ale chyba nie o to chodzi, żeby było łatwo. Nigdy nie jest łatwo realizować swoje powołanie. Nie będę udawał, że jest tylko „z górki”, bo nie jest, ale na tyle, na ile jest trudno, na tyle jest też pięknie. Momenty trudności i piękna, smutku i radości przenikają się ze sobą. Jeśli ktoś wybiera kapłaństwo, licząc na łatwe życie, szybko się rozczaruje. Ale wokół nas jest też bardzo wiele dobra, wielu ludzi, którzy szanują kapłanów i naszą pracę. Zło jest po prostu bardziej krzykliwe, jednak z pewnością dobra jest więcej.

- Co dało Księdzu doświadczenie oazowe jako duszpasterzowi?

- Moja przygoda z Oazą zaczęła się w czasach seminaryjnych. Dzięki oazom, w których uczestniczyłem - najpierw jako kleryk, a później już jako ksiądz -  poznałem i pokochałem Ruch Światło-Życie. W 2013 roku poznałem Domowy Kościół, czyli gałąź rodzinną Ruchu.

- Czy nominacja na Diecezjalnego Moderatora  DK była dla Księdza zaskoczeniem?

- Nie będę ukrywał, że nie byłem całkowicie zaskoczony, bo od pewnego czasu taka ewentualność się rysowała, choć znałem innych kandydatów i wiedziałem, że to wcale nie muszę być ja. Moment ostatecznego wyboru był jednak pewnym zaskoczeniem.

- Czy zdaniem Księdza Ruch Domowego Kościoła może być lekarstwem na kryzys rodziny, który dziś jest tak mocno widoczny?

- Uważam, że on jest doskonałym lekarstwem dzięki zobowiązaniom, do realizacji których są zaproszeni członkowie DK, ponieważ one osadzają w relacji z Panem Bogiem i współmałżonkiem – w modlitwie, rozmowie, wzajemnym trwaniu przy sobie. 

- Czasami można się jednak spotkać z zarzutem, że te zobowiązania były dobre 30 lat temu, kiedy rodziła się idea domowego Kościoła, ale że trochę nie przystają do współczesnych czasów. Czy zobowiązania DK nie są zbyt trudne do realizacji w dzisiejszym, pędzącym świecie, w którym mamy coraz mniej czasu?

- One nie będą przystawały i mogą być odbierane jako coś narzuconego, dopóki nie staną się szansami, a nie jedynie zobowiązaniami. Zresztą w naszym Ruchu tych określeń używa się zamiennie. W momencie, w którym zaczynam widzieć w zobowiązaniu szansę, żeby być bliżej Pana Boga i bliżej małżonka, nabierają zupełnie innego charakteru. Trzeba pokonać drogę od „muszę” do „chcę”. To nie dzieje się z dnia na dzień, ale zachęcam członków DK do wejścia na tę drogę

- Dlaczego warto przeżyć rekolekcje DK, poświęcić na nie dwa tygodnie swego urlopu?

- Ponieważ każdy z nas potrzebuje zatrzymania, odpoczynku – nawet w wymiarze dobowym.

- Ale  rekolekcje DK w porównaniu z innymi są wyjątkowo długie.

- Tak, ponieważ wszystko co dobre, wymaga czasu. To jest wyjście na pustynię, Pan Jezus spędził na niej aż 40 dni. Trzeba dać ten czas Panu Bogu, sobie, współmałżonkowi, całej wspólnocie.

- Dlaczego tak wielu ludzi odchodzi dziś od Kościoła, z czego - zdaniem Księdza - wynika współczesny kryzys wiary?

- Człowiek wchodzi w szatańską pułapkę, która polega na tym, że chce zamienić się miejscami z Panem Bogiem. Papież Benedykt XVI często w swoim nauczaniu podkreślał, że dziś należy mówić nie tylko o dogmacie odkupienia, ale również o dogmacie stworzenia, przypominając miejsce człowieka w świecie - w relacji do Boga. Człowiek nie wziął się na świecie dlatego, że sam tego chciał, ale dlatego, że Bóg go pomyślał, zapragnął i Bogu należy się za to wdzięczność oraz posłuszeństwo.

- Jak możemy dotrzeć do tych, którzy „szukają”…

- Tylko przez świadectwo życia, wierność swemu powołaniu. Jak mawiał Paweł VI: „świat dziś bardziej potrzebuje świadków niż nauczycieli, a nauczycieli tylko o tyle, o ile są świadkami”.

- Jakie są Księdza plany i zamierzenia jako Diecezjalnego Moderatora DK.

- Mój plan polega na słuchaniu Pana Boga i ludzi, którzy tworzą DK, ale słuchaniu też ludzi spoza DK, którzy też mają nam dużo do powiedzenia. Benedykt XVI w pierwszej swojej papieskiej homilii powiedział, że jego programem jest po prostu Ewangelia, realizowanie nakazu Chrystusa. Naszym zadaniem jest wychodzenie naprzeciw potrzebom Kościoła, świata i ludzi.

- Jakie są Księdza zainteresowania, czy ma Ksiądz jakieś pasje?

- Moje zainteresowania są bardzo kapłańskie – to posługa spowiedzi w kierownictwie duchowym oraz posługa Słowa. Dają mi one wiele radości i satysfakcji. Posługa w konfesjonale, w kierownictwie duchowym wprowadza mnie w tajemnicę bardzo intymnego spotkania człowieka z Panem Bogiem. To rekompensuje wszystkie trudy, bo wchodzę w świat, w który - nie będąc kapłanem - nigdy bym nie wszedł. Dla tych chwil warto być księdzem.

- Wiem, że przygotowuje Ksiądz pracę doktorską. Jaki jest jej temat?

- Ukończyłem homiletyczne studia doktoranckie na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Mam otwarty przewód doktorski – przygotowywana praca nosi tytuł „Posługa Słowa Bożego w sakramencie pokuty i pojednania”. Temat łączy zatem moje pasje – posługę Sowa z posługą w sakramencie pokuty. Ale nie jestem pewien, czy z racji na liczne obowiązki duszpasterskie, ale i z racji mego wrodzonego, przez lata pielęgnowanego lenistwa uda mi się tę pracę sfinalizować (śmiech).

- Jest Ksiądz zaangażowany w wiele dzieł ewangelizacyjnych, jak udaje się łączyć tak liczne obowiązki duszpasterskie?

- Raz udaje się bardziej, raz mniej skutecznie. Ksiądz Grzywocz mawiał: „nie jesteś jedyną piekarnią w mieście” – obecnie jestem na etapie uczenia się tego. Czasami bywam zmęczony, ale to zmusza do ustalania i wybierania priorytetów.

- Co chciałby Ksiądz na koniec naszej rozmowy przekazać członkom DK?

- Pragnę podziękować wszystkim, którzy tworzą DK, za to, że są w tej wspólnocie. Jesteście bardzo konkretnym świadectwem wiary w Jezusa i miłości do człowieka - miłości, która nie jest tylko sloganem, ale realizuje się w codzienności życia małżeńskiego oraz rodzinnego. Chciałbym, abyśmy dalej budowali dom naszej wspólnoty, żeby on się rozrastał i aby każdy znalazł w nim swoje miejsce.

Życząc tego, dziękuję za rozmowę. Rozmawiał Robert Winnicki